poniedziałek, 14 marca 2011

Święty Franciszku!

zjadłam, dużo zjadłam. jestem pełna, aż się ze mnie wylewa. mięso, kapusta, ziemniaki, wątroba, jelita, nerki, serce... 
chciałabym trzymać w rękach taki topór, wielki topór i roztrzaskać serce na drobne niteczki mięśni. niech krew tryska i zalewa mnie, krew niech mnie zaleje, utopię się we własnej utopii. 

bezsilność jest okropna. to tak jakby stanąć na skraju urwiska bez możliwości pójścia naprzód. nie ma przejścia. jest dziura. nic więcej nie da się zrobić. trzeba czekać. cofnąć się nie da. nie można się odwrócić, tak jak Orfeusz w podziemiach. on nie mógł, bo wiedział, że to wszystko zniszczy. ja nie mogę, bo mam skurcz mięśni w okół szyji. nie mogę się odwrócić, nie mam fizycznej możliwości. 

dopiero teraz to zrozumiałam. co czuję. cieszę się z tego powodu. ale jest mi ciężko. bo teraz to nic nie znaczy. teraz mogę tylko czekać. to dziwne czekać na coś, czego nie potrafisz sobie nawet wyobrazić. bo może się zdażyć wszystko, dosłownie wszystko


a oto Świnia, made by K.A.P.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz