po pracy wciąż idącej do przodu (teraz już 11 stron..., a jeszcze nie mam zamiaru kończyć) czekały mnie lody w cudownym towarzystwie, które wbrew częstym pozorom wcale mi się nie nudzi. następnie podąrzyłyśmy w stronę cmentarza św. Józefa i zwiedziłyśmy go dosyć oględnie. wisiała nad nami groźba spędzenia tam całej nocy, jeśli nie wyjdziemy na czas. stare cmentarze mają coś w sobie, oprócz "leżących ludzi". klimat i historia. i ten spokój, niemalże wieczny. nie wiem czemu włączył mi się czarny humor. było uroczo, jeśli tak można nazwać wycieczkę na cmentarz. następnie kolacja (penne w sosie bolońskim z pieczarkami i serem) i powrót do pracy. trzeba się wyrobić, trzeba!
wiem, że to wciąż we mnie siedzi. bardzo głęboko i nie potafię się tego pozbyć. skoro nie potrafię, muszę to zaakceptować jako część swoich doświadczeń. często łapię się na przypadkowej refleksji. nie ma to głębszych konsekwencji poza chwilowym przygnębieniem, bo wiem, że nie warto. nie ma czasu na rozpamiętywanie. ale nie ma też czasu na bawienie się z kimś innym. albo tak, albo nie. jeśli nie: przykro mi, nie gram w gierki. lubię mieć jasne sytuacje. przykro mi, ale nie mogę się pakować w coś, co ponownie mnie złamie.
i don't wanna hurt nomore - Anouk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz