i do przodu. pieszo czy na rowerze, jedna chwała (strasznie mi się podoba to powiedzenie).
mój dzisiejszy epic fail dotyczy rowerowni oraz próby zamontowania roweru w przestrzeń wspomnianego pomieszczenia.
oprócz tego, że najpierw próbowałam wytargać wszystkie rowery by włożyć swój (bez skutku), to dodatkowo w pewnym momencie odwracam się... a tam stoi chłopak i uważnie mi się przygląda (swoją drogą był nawet przystojny). patrzy się i pyta: może Ci pomóc? ja oczywiście jak zwykle zrobiłam głupią minę i powiedziałam prawie błagalnym tonem: tak, jakbyś mógł. (kurwa, jak z opery mydlanej). wtem on wlazł i zaczął ustawiać te rowery jeden na drugim, obok siebie w o wiele bardziej konkretny i użyteczny sposób niż zrobili to inni. mówi: ten rower jest mój. ja patrzę, a to był rower, który targałam z całej siły, gdy on stał za mną. świetnie, pomyślałam i postanowiłam się nie odzywać, by niczego głupiego nie palnąć. ustawił wszystko, wyszedł z kańciapy w stronę wind, powiedział: to chyba wszystko, to cześć. podziękowałam i wyszłam.
oczywiście oprócz niego zna mnie pół akademika, ponieważ zanim wlazłam z tym rowerem do środka to pomagali mi chłopcy w dresach. a rano, gdy załatwiałam "nocleg" dla Ventury Asa, musiałam zwieźć go windą na dół. pech chciał, że ktoś z góry też zamówił sobie windę, więc pojechałam na 11 piętro, wprawiłam w osłupienie sprzątaczkę i chłopaka, aż w końcu wysiadłam.
myślę, że to nie ostatnia przeprawa z rowerem. zresztą, żeby bezpiecznie przejechać trzeba nie tylko uważać na siebie, samochody i innych ludzi, ale przede wszystkim na gołębie. one ci nie zejdą z drogi, dziś musiałam hamować przed jednym, bo łaskawie zapragnął przejść na drugą stronę chodnika.
no, ale nic. pan "redaktor-filozof" opublikował teksty, w środę spotkanie "redakcji". no nie mogę się doczekać.
cudownym zwieńczenem dnia okazało się zdjęcie pomnika Poniatowskiego na koniu, z twarzą Kaczyńskiego. ach, nasze marzenie się spełniło!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz