sobota, 26 lutego 2011

tak, wiem, miałam nie pisać

ale nawet nie wiecie jak trudno znaleźć informacje na temat, dlaczego literatura jest aktem oraz na czym polega problem pasożytnictwa w literaturze, wg Ohmanna.


zabiła mnie dziś mandarynka. prawie. w sensie prawie zabiła, a nie prawie mandarynka. quasi-mandarynka. super.

jeść mi się chce, a zostały mi tylko dwie bułki, a co na jutro? ciężka decyzja, ale chyba zjem je dzisiaj. co się mają zeschnąć. nie pozwolę im na to!

odbieram dziś telefon z wyrzutem (słownym, nic nie wyleciało):

- dlaczego do mnie nie dzownisz? (matka)
- eee... bo ty nie dzwonisz? (ja)
- chciałam ci przypomnieć, że babcia ma imieniny a ojciec miał urodziny. (matka)
- dzisiaj ma te imieniny? wiem, składałam mu życzenia. (ja)
- tak, to może być jej złożyła życzenia, co? (matka)
- ok (ja)
- cześć kochanie (babcia)
- cześć, wszystkiegonajlepszegozdrowiaszczęściapomyślnościradościuśmiechuiczegosobieżyczysz. (ja)
- ach, dziękuję ci za pamięć. (babcia)
- ach, nie ma za co. (ja, babcia wychodzi)
- no to ci nie przeszkadzam. jak będziesz mieć czas to daj znać, zadzwonię. (matka)
- nie przeszkadzasz, ale skoro już... (ja)
- no wiem, "skoro już dzwonisz to mów co masz do powiedzenia" (matka)
- no właśnie, to co tam? (ja)


a, prawie zapomniałam. od niedawna mam cichego wielbiciela. niezwykle cichego.

"bo moja matka była w Niemczech w latach osiemdzięciątych i..." i tak dalej. więcej wiedzieć nie chcę. ale właśnie tam wybrała dla niego imię. oznacza ono: sławny mąż z północy. skoro mąż to zajęty, więc nie mam się co martwić, co? Żbieta zrobiła nawet wizualizację jego orbitowania wokół mnie. w sensie ja byłam kubkiem, a on szklanką. wzięła nawet pod uwagę proporcje, to ładnie z jej strony.

a teraz wracam do formalizmu rosyjskiego. 



na pożegnanie Don Pedro z Krainy Deszczowców (dokładnie znad Wisły): Karrramba!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz